Nie podcinaj skrzydeł
Przepiękne błękitne niebo, po którym płynęły, lekko pchane przez wiatr śmietankowe obłoki, szelest liści brzozy pod którą ukryłam się przed całym światem był jedyną oazą spokoju, ucieczką od myśli, ale i powrotem do nich. To wtedy po jednym z gorszych dni odwiedził mnie mag. Zmartwiony stanem mych poszarpanych skrzydeł, wskazał na nie dłonią, a ja tylko spojrzałam na niego bez odpowiedzi, ale ze łzami w oczach.
- Co się stało spytał?
- Nie mogę być magiem, nie mogę latać, a mój statek runął! - wykrzyczałam w rozpaczy. - Nie wiem co mam robić.
Mag przyglądnął się dokładniej mym skrzydłom, dotykał delikatnie potargane pióra. W wielu miejscach splamione krwią i mazią czarnych magów. Każdy dotyk był dotkliwie bolesny.
- Cóż za mag ci to zrobił, jak można tak bardzo krzywdzić tych, którzy wierzą w marzenia - smutny zdjął tiarę, oparł miotłę o pobliskie drzewo i usiadł razem ze mną pod brzozą. Lekki południowy wiatr szeleścił liśćmi i osuszał spływające po twarzy łzy. Trwała cisza przerywana przez koniki polne zwiastujące porę żniw.
- Jakiś czas temu, gdy spotkaliśmy się pierwszy raz i powierzyłeś mi misję podroży przez różne światy, oznajmiłam mojej matce, że chcę zostać magiem pióra i pędzla. Nie spodobało jej się to.
- Jesteśmy kurami, my nie latamy. Możemy jedynie siedzieć w domu.
- Mimo tego zapragnęłam skrzydeł i one z czasem pięknie rosły, aż pewnego dnia uniosłam się i poleciałam wysoko, bardzo wysoko w stronę nieba. To było takie piękne uczucie. Zapragnęłam podzielić się nim z matką i pokazać, że też tak może, lecz ona odcięła mi pióra.
- Niewolno ci! - krzyczała. Tu jest twoje miejsce - wskazała na miotłę, wiadro i szmatę.
- Próbowałam znów się wznieść, ale gdy tylko pióra trochę odrastały znów je ucinała. Czasem wystarczyło kilka słów, by same odpadły. Przychodzę tutaj z nadzieją, ale wciąż nie widzę pięknego drzewa a tylko suchą gałąź bez liści na której można powiesić sznur.
Mag zmartwił się nie na żarty.
- Smutne jest to jak wielu nie potrafi zaakceptować tego, że można podążać inną ścieżką niż oni. Siedzą zamknięci w własnym świecie przyzwyczajeń i przekonań tylko narzekając a nawet nie próbując wyjść poza to. Być może podążać za celami i marzeniami. Nie mają w sobie tyle siły by rozwinąć własne skrzydła, więc z zazdrości i nienawiści, że komuś innemu coś się udało, lub z samego powodu, że marzysz, zdolni byli by cię zabić. Niekiedy najgorsza w tej kwesti bywa rodzina i fałszywi przyjaciele. Lecz nieważne kim jesteś, gdzie się urodziłaś i jak bardzo ludzie dookoła ciebie cię nienawidzą za to, że jesteś inna, nie poddawaj się. To ty musisz chcieć, to ty musisz zebrać się w sobie i odnaleźć swoją siłę. Jeśli pozwolisz innym na poniżanie cię twoje skrzydła nigdy nie odrosną. Lecz gdy odnajdziesz swoją siłę, nawet żaden demon nie będzie w stanie cię powstrzymać. Będzie otaczać cię świetlista tarcza, która nie pozwoli cię zranić, ani uszkodzić twoich skrzydeł.
- Jak mam to zrobić ? - spytałam - nie widzę nawet sensu własnego istnienia, skąd miałabym wziąć tą siłę?
- Sama musisz sobie odpowiedzieć na to pytanie. - Mag wstał chwycił miotłę w dłoń i rozpłynął się w powietrzu.
Zagubiona nadal nie wiedziałam co zrobić. Mag miał rację, lecz jak miałam tego dokonać. Kolejne miesiące mijały, a złość narastała. Mag się mylił to niemożliwe, bym mogła cokolwiek zdziałać.
Pewnego dnia złość wybuchła i pojawiły się kłótnie, z każdą kolejną złość narastała i powodowała kolejne i kolejne starcia. Myślałam, że złość jest ta siłą. Lecz któregoś dnia mag mignął gdzieś obok mnie i szepnął do ucha.
- Nie tędy droga.
Pewnego ciepłego dnia gdy smutna siedziałam pod brzozą. Drzewo otuliło mnie swymi liśćmi i cichutko wyszeptało - nie jesteś sama.
Słońce delikatnie musnęło łzy na policzkach
- Zawsze jesteśmy z tobą. Nigdy nie jesteś sama. Każdego dnia swym promieniem daje ci ciepłe życzliwe słowo. Gdzie porzuciłaś swoje skrzydła? Proszę znajdź je, nie możemy już patrzeć na twoje cierpienie.
- Dziękuję przyjaciele ;) - coś jakby drgnęło. Zapragnęłam siły. Wróciłam do domu i nawet nie zauważyłam jak odrosły mi pióra. Zobaczyłam siebie w lustrze. Były przepiękne i lśniąco białe jak dawniej a na twarzy pojawił się uśmiech.
Matka zobaczyła to i wpadła w ogromną wściekłość rzucając przekleństwami i wzywając tysiąc czarnych bogów.
- JAK ŚMIAŁAŚ! - wykrzyczała, mieczem próbując rozciąć skrzydła.
- NIE WAŻ SIĘ ICH TKNĄĆ. SĄ MOJE I TYLKO MOJE! NIKOMU NIE DAM ICH ODEBRAĆ!
Matka znów próbowała je rozciąć, ale me ciało i skrzydła pokryła złota zbroja. Miecz uderzył o nią i rozsypał się na kawałki.
- JAK MOGŁAŚ! - zapłakała bezradnie. - To była ostatnia rzecz którą miałam, by cię ochronić.
- Przed czym? Przed prawdziwym życiem, czy przed sobą? Co chciałaś ukryć? Swoją własną porażkę? Bo nie potrafiłaś żyć, godząc się na bycie marną kurą, zamiast wolnym jastrzębiem.
- Bycie jastrzębiem jest niebezpieczne, jeszcze coś ci się stanie rozbijesz się o skałę, spadniesz z wysoka.
- Daj mi żyć własnym życiem - powiedziałam, czując , że dla niej nie ma już ratunku, ze łzą w oku odwróciłam się.
Na wysokim murowanym płocie przystanął Mag z uśmiechem wyciągając przed siebie dłoń i zapraszając w nieznaną podróż.
- Jeszcze wspomnisz moje słowa, nigdy ci się to nie uda. Słyszysz? Nigdy! - wykrzyczała lecz jej słowa podobnie jak miecz rozsypały się gdy trafiły na zbroję.
- Żal mi cię.
Nigdy nie pozwólcie by ktoś odebrał wam to, co dla was najważniejsze. No cóż ta historia nie zakończyła się, aż tak pozytywnie, ale cóż życie bywa i takie. Trochę ciężko mi się to pisało bo opowieść jest dosyć osobista.
Komentarze
Prześlij komentarz